Przejdź do menu głównego Przejdź do treści
W Drawieńskim Parku Narodowym żyło i występuje nadal wiele gatunków cennych ptaków.  W przypadku niektórych z nich, udało się dotrzeć  do relacji sprzed ponad 100 lat. Ci z Was , którzy śledzą stronę lub FB Parku, mieli okazję zapoznać się z relacjami dotyczącymi gatunków, których na terenie DPN –u  już niestety nie ma, były to : rybołów i nur czarnoszyi.

Dzisiaj, chciałbym przybliżyć Wam gatunek, który się tu szczęśliwie zachował, a nawet, dzięki specjalnym platformom lęgowym,  ma się coraz lepiej. Mowa o puchaczu. Poniżej przedstawiam wspomnienia o tym gatunku autorstwa Eugena Hahna,  który od 1906 roku pełnił funkcję leśniczego, a później nadleśniczego w prywatnych lasach rodziny von Arnim. Rozciągały się one pomiędzy Niemieńskiem a Nową Korytnicą.

Z perspektywy czasu, poglądy i  metody poznawcze stosowane przez E. Hahna mogą wydać się nam nieco drastyczne, ale – nie zapominajmy – rzecz dzieje się ponad 100 lat temu.

Miłej lektury.

„Ku pamięci moich skrzydlatych przyjaciół ”.

W romantycznej dolinie Korytnicy żyją liczni przedstawiciele  ptasiej fauny. Poza najróżniejszymi gatunkami kaczek, występuje tu wiele ptaków typowych dla Europy Środkowej. Są wśród nich: majestatyczny puchacz, rybołów, orlik krzykliwy, bocian czarny, żuraw, drop, łabędź niemy, jak również  tracz nurogęś, czapla siwa, kormoran oraz większość ptaków szponiastych,  nazywanych potocznie drapieżnymi.

Ja chciałbym obszerniej opowiedzieć o moim  szczególnym przyjacielu, o puchaczu. Ta wielka sowa znana mi była już od dzieciństwa, ponieważ mój ojciec trzymał jednego puchacza w klatce i wykorzystywał do polowań.  Ja sam  - w późniejszym okresie – używałem  puchacza do polowań na wrony, a bywało, że ciągu 2 godzin potrafiłem upolować do 15 tych szkodliwych gałganów. Gdy w roku 1906 przybyłem do Niemieńska, ucieszyłem się mogąc obserwować 1-2 pary puchaczy. Zdarzało się to zwłaszcza wcześnie rano lub w godzinach wieczornych, kiedy bezszelestnie  szybowały one wśród drzew. Nawoływania słyszało się o każdej porze roku. Były to pojedyncze pohukiwania.  W  okresie godowym zaś,  swoista rozmowa - „pytania i odpowiedzi”  - wśród której dało się rozróżnić „jaśniejsze” w tonie nawoływania samców od niższych dźwięków wydawanych przez samice.

W mojej pamięci zachowały się dwa dość nieprzyjemne spotkania z tym ptakiem. Pewnego razu, po intensywnym opadzie śniegu, wędrowałem w pobliżu brzegu Korytnicy. Nagle, pod jedną z „puszczańskich matek”, jak nazywaliśmy dorodne , rozłożyste nasienne sosny, dostrzegłem  na świeżym śniegu mnóstwo piór. Schyliłem się, aby określić do jakiego gatunku należały. Nagle otrzymałem silne uderzenie w krzyż, a kiedy podniosłem wzrok, dostrzegłem odlatującego puchacza, który przed chwilą upuścił na mnie swój świeży łup - zielononogą kokoszkę wodną.

Kolejne spotkanie było jeszcze mniej przyjazne.  Pewnego popołudnia, a było to w czasie rykowiska, siedziałem na otwartej ambonie. Nagle, z odległości ok. 300 metrów, dobiegło mnie nawoływanie puchacza. Kiedy zaczęło się zmierzchać, dostrzegłem ptaka  lecącego prosto na moją ambonę. Około 40 metrów przed nią, puchacz zadarł swoje sterówki do góry i wysunął do przodu skoki zakończone ostrymi pazurami chcąc wylądować.  Szybko podniosłem oba ramiona do góry, co zmusiło ptaka do odwrotu, jednak ze strachu pozostawił on po sobie pokaźną porcję guana, która wylądowała na moim mundurze. Później okazała się ona trudniejsza do usunięcia niż farba olejna. Puchacz miał zapewne zamiar przysiąść na najwyższym punkcie ambony, a ten stanowiła… moja głowa. Tylko moja szybka reakcja uratowała mnie przed poważnymi ranami twarzy. Ten wypadek nie zakłócił jednak naszej przyjaźni. Corocznie  stwierdzałem przynajmniej jedną parę lęgową. Puchacze gnieździły się zazwyczaj w starych gniazdach myszołowów, ale czasami wykorzystywały do lęgów miejsca zupełnie dziwaczne. Pewnego razu, jakaś „ptasia dama” złożyła swoje jaja na zupełnie odsłoniętym piaszczystym wzgórzu. Próbowała je nawet wysiadywać, jednak do wylęgu piskląt nie doszło.

Kolejne miejsce lęgowe odkryłem na tzw. czarciej miotle, jak leśnicy nazywają plątaninę gałęzi na sośnie. Już wcześniej widziałem na niej puchacza, który bardziej stał niż siedział. Na wysokości 9 metrów widać go było doskonale. Ponieważ ptak przesiadywał w tym miejscu całymi dniami, stało się jasne, że odbywa tam lęgi. Poinformowałem o tym mojego szefa oraz mieszkającego w zamku ( w Niemieńsku) nauczyciela, pana B, który był synem leśnika oraz zapalonym fotografem. Ten przybył wkrótce wyposażony w „raczki„ do wspinania po drzewach oraz swój drogi aparat. Kiedy jednak wspiął się na odpowiednią wysokość i próbował ustawić kamerę, ta wyśliznęła mu się z rąk i z łoskotem spadła na ziemię.  Dla puchacza był to sygnał aby odlecieć i zniknąć na zawsze. Po trzech tygodniach daremnego oczekiwania, podarowałem oba jaja pewnemu zbieraczowi, który stwierdził, że były one zalęgnięte.

I jeszcze jedna obserwacja, którą muszę określić jako rzadką. W jednym z odległych rewirów , wzniesiono prymitywną łowiecką wysiadkę w kształcie ambony. Nie używano jej od lat. Z oddziału dobiegały czasami jakieś nawoływania, którego autora nie potrafiliśmy jednak dostrzec,  jednak typowaliśmy, że jest to puchacz, który złapał chrypkę. Pewnego razu, a było to w maju lub czerwcu, przechodząc koło tego miejsca, dostrzegłem kupkę kolorowych piór kraski. Kiedy zebrałem kilka z nich, na szczeblu przed wysiadką, dostrzegłem parkę młodych puchaczy. Ostrożnie zacząłem wspinać się po drabinie, a wtedy młode ptaki wycofały się w najdalszy kąt ambony.  W moje nozdrza uderzył okropny fetor. Nie zważając na niego, zbadałem ten „dziecięcy pokoik”. Na podłodze zalegała ok. 40 - centymetrowa warstwa guana, a w niej liczne dzioby i łapy wodnego ptactwa, w tym jednego kormorana, który gnieździł się na pobliskim jeziorze Szerokim.

Dostrzegłem również dzioby i skoki przynajmniej tuzina czapli siwych, jak również małe fragmenty białych skorup jajek. Wskazywało to jednoznacznie, że młode puchacze przyszły na świat na tej wysiadce. Tak rzadkie zjawisko musiało zostać sfotografowane, niestety moja córka wyjechała i zabrała swój aparat. Dopiero po 3 dniach wróciliśmy na to miejsce ponownie. Młode puchacze zdawały się na nas czekać, na swoim miejscu przed wejściem do ambony. Dwukrotnie udało się młodej fotografce „pstryknąć” zdjęcia z ziemi, kiedy jednak zachęcona sukcesem postanowiła zbliżyć się do sów, młode jak na  rozkaz „złapały wiatr pod skrzydła” i szybując, odleciały na około 200 metrów. Nasze poszukiwania szybko zakończyły się sukcesem. Schwytane ptaki przenieśliśmy w pobliże ambony i posadziliśmy na stosie drewna. Młode sowy zachowywały się zupełnie spokojnie, mogliśmy je więc sfotografować z różnych odległości i różnych ujęć. W późniejszym czasie nasze zdjęcia mogli  podziwiać  liczni miłośnicy przyrody.
Tłumaczenie i opracowanie na podstawie:

„Meinen gefiederten Freunden zum Gedächtnis” , w : Heimatgrussrundbrief, nr: str. 9-10 

Maciej Gławdel

Przewodnik po Drawieńskim Parku Narodowym